10... 9.... 8.... START!
Kierownik daje sygnał, można ruszać. Peleton czym prędzej opuszcza teren szkoły.

Ale ja nie. Stoję bez ruchu.

Znajomy podpowiada „ale to lecieć trzeba”. No tak, jasne, ale ja ciągle nie wiem dokąd!

Tak rozpoczęły się dla mnie zmagania na 50-o kilometrowej trasie XII Rajdu Dolnego Sanu. Jest to długodystansowa Impreza na Orientację, a więc z otrzymaną od organizatora mapą należy trafić do zaznaczonych na niej miejsc i odszukać umieszczone w terenie punkty kontrolne.
Zazwyczaj Impreza na Orientację ma kilkukilometrowe trasy. Ale RDS zalicza się do cyklu Pucharu Maratonów na Orientację; a to zobowiązuje- krótsza trasa liczy sobie 25 km, a dłuższa 50.

W tym roku jej kierownik, Hubert Puka, na bazę wybrał Stalową Wolę.

Wraz z towarzyszami podróży dotarliśmy tam rano, po zameldowaniu się w sekretariacie spokojnie można było się przygotować do zawodów. 8.45 odprawa techniczna i rozdanie map. I tu zaczęły się schody.

Na mapę naniesiono 20 punktów, z czego potwierdzić trzeba 17. Dodatkowym ograniczeniem jest zamkniecie terenu nad Sanem w Stalowej Woli, gdzie znajdują się 2 PK w godzinach przedpołudniowych, ze względu na odbywające się tam inne zawody sportowe.

To ograniczenie właśnie burzy moją koncepcję, zgodnie z którą chciałem najpierw potwierdzić punkty po drugiej stronie Sanu; ale wtedy musiałbym niemal na pewno wkroczyć na teren zamknięty w godzinach zawodów.

Utrudnia mi też dobór ubioru. Wieje dość mocno, porywy dochodzą do 75 km/h. Chciałem więc na nadrzeczne łąki wziąć kurtkę, a potem na odcinek leśny zostawić ją w bazie. Tak się jednak nie da.

Cóż, pozostaje ruszyć w kurtce w las!

Skręcam więc w lewo i za znikającym peletonem zaczynam truchtać w stronę PK 12. Tam napotykam ekipę telewizyjną. Ale medialna sława dziś nie dla mnie. Jestem tak późno (mam stratę do peletonu całe 100m) że na mój widok zwijają sprzęt.

Sam punkt jest ulokowany w bardzo malowniczym miejscu, nad niewielkim oczkiem wodnym.

To teraz w las! ok. półtorakilometrowa prosta idealnie na zachód w stronę PK 11. Ten odcinek już pokazuje co nas czeka w tym lesie... Droga miejscami mocno rozjeżdżona, mokra, błotnista.

A ja zaczynam się gotować. W lesie nie wieje i kurtka bardzo skutecznie robi swoje- ogrzewa mnie. Po kilkuset metrach rozważań decyduję się zdjąć ją i przytroczyć do mini plecaczka. Muszę się z tym siłować kilka ładnych chwil, ale dzięki temu wreszcie mam zapewniony komfort termiczny; a kurtka nieco się dynda na plecaku, ale nie ogranicza mi ruchu. Tylko jestem trochę zły na siebie że ją w ogóle wziąłem; bo przecież jest mi tak ciepło, wielu też lekko ubranych biegnie. Ale kurtka jeszcze wykaże swoją przydatność...

PK 11 to rów. Punkt zlokalizowany dość oryginalnie, nie na jego skrzyżowaniu z drogą, tylko kilkadziesiąt metrów w lesie. Na szczęście na mapie są malutkie czerwone kropeczki które pokazują precyzyjną lokalizację punktów. To jest przydatne i sprawdza się.

Ruszam do PK 16. Peleton gdzieś znika, ja natrafiam na jakiś zagrodzony teren- pewnie wojskowy, bo na mapie jest zakreskowany jako zakaz wstępu. Przecinam szosę i namierzam się na górkę z PK 16. Ładne miejsce, widokowe. Doganiam tyły peletonu, potem ładnym grzbietem z powrotem w stronę szosy. I na bezpieczny teren bo tu był.... zakaz wstępu o czym informowały tablice. Ale organizator na pewno nasz pobyt tu uzgodnił.

Za szosą ładna, utwardzona droga kusi by skierować się w stronę PK 17. Ale bardziej ekonomiczne będzie zaliczenie najpierw piętnastki. Gdy wybiegam za górkę widzę że peleton podjął taką samą decyzję. I znów PK 15 to rów, nieco odsunięty od drogi i tu też robi się tzw. wahadło, czyli ostatnie kilkaset metrów idziemy i wracamy tą sama drogą, spotykając konkurencję.

Czas na PK 17. Linia oddziałowa prowadząca do niego jest zarośnięta, ale leśnicy kilkadziesiąt metrów od niej zrobili nową, porządną i suchą drogę. Wszystko ładnie do czasu aż droga skręca w lewo, a więc w kierunku przeciwnym niż nasz PK. Nie pozostaje nic innego jak przedzieranie się przez podmokły las w stronę linii oddziałowej i poszukiwanie ambony gdzie ulokowano PK 17. Dalej tez wilgotna droga, trzeba uważnie stąpać, by się nie skąpać.

Lekka wyniosłość, robi się sucho, i skręcamy. Jakaś dziwna betonowo- ceglana konstrukcja. Pierwszy raz widzę taką w lesie. Wojskowa? Myśliwska? Po relacjach innych widzę, że i ich ona zaintrygowała.

Suche dość szybko się kończy i znów najpierw zanikająca błotnista droga, a potem przez podmokły las zmierzam w stronę PK 18.

Typowy widok na tym odcinku trasy:


Docieramy tam sprawnie z grupą. Teraz kilka skoków przez rowy i znów suchy odcinek drogi. Peleton ponownie zaczyna truchtać- no to nie mam wyboru.

Coraz częściej wychodzi niedokładność/ nieaktualność mapy. W terenie linie oddziałowe są często bardzo niewyraźne, za to tuż obok meandrują nowe, szerokie drogi. Trzeba wybierać a potem... się przedzierać; albo nadkładać drogi ale po lepszej nawierzchni. PK 14 i ostatni w lesie 13 szybko odnalezione. I zaczyna się na mapie białe. Zbliżamy się do bardzo charakterystycznego trójkąta który tworzą tu linie kolejowe. Pan Kierownik ostrzegał by nie przechodzić przez tory tylko korzystać z dróg i przejazdów. Na szczęście jest to możliwe bez zbytniego nadkładania drogi.

Docieram do PK 19, opis głosi „wewnątrz budynku”. Jest łączka w pobliżu torów i krajówki. Zaczyna porządnie wiać. Budynek niepowtarzalny, ale opuszczony i zrujnowany. W środku ktoś odważny odpoczywa. Ja przy tym wietrze nie mam aż tyle wiary w stabilność tej historycznej konstrukcji i czym prędzej ruszam dalej.

 

Jeszcze mały dylemat jak przekroczyć tory i ruszam do PK 20.


Pomału dopada mnie znużenie. Nic dziwnego, ponad 20 km za mną. Spotykam coraz częściej innych zawodników, zmierzają w kierunku przeciwnym. Na szczęście są pozytywnie nastawieni do mnie jako było nie było konkurenta i pozdrawiamy się. Niektórzy mówią mi nawet po imieniu, ja ich słabo poznaję. Ale oni wracają z łąk i są dość szczelnie pozasłaniani. Mnie to jeszcze czeka.

PK 20 to jedyny punkt ze znalezieniem którego mam problem. Na odprawie ostrzegano przed nim. Wg opisu ma to być duże drzewo. No to łażę od drzewa do drzewa, każde kolejne wydaje mi się jeszcze większe. W końcu mówię dość temu chaotycznemu spacerowi, namierzam „zarośnięta ścieżkę” i dopiero przy niej TO właściwe drzewo.

Ponieważ postanowiłem nie potwierdzać PK 1, 2 i 3, dlatego wracam drogą asfaltową na południe. Po polach gruntówkami (błoto) nie bardzo mam ochotę.

Kryzys dopada mnie coraz mocniej, mocny wiatr wychładza coraz bardziej. No to trzeba działać! Kurtka na kark a z plecaka banan i baton. Po kilku chwilach jest już lepiej :-)

Zmierzam wzdłuż krajówki, znów zaczynam truchtać. Robi się ciepło, ale jednocześnie wieje. Nie dogodzisz... Doganiam uczestniczkę z psami.

Gdy na tym przebiegu miałem chwilę na refleksje to przypomniałem sobie ze dostaliśmy powiększenie mapy terenu do którego się zbliżam. Wystarczy przenieść sobie na niego dwa najbliższe punkty i powinno być zarówno łatwiej je znaleźć jak i umysł zazna pewnego urozmaicenia w czytaniu mapy.

Mój pomysł sprawdza się już za chwile, gdy uczestniczka z psami skręca za szybko, przed wałem chcąc tam znaleźć dziewiątkę. Ja z powiększeniem mapy zmierzam jak po sznurku.

Na wale znów troszkę wieje, podziwiam z jednaj zagospodarowany teren przy Sanie, a z drugiej słyszę odgłosy kończących się zawodów sportowych. Tu dogania mnie Marcin, zaczynamy rozmawiać i tak już pozostaje do końca.


Ósemka dzięki patentowi z powiększeniem mapy znów łatwo wchodzi. Teraz czas na przeprawę przez San. Trzeba użyć mostu.

Tu na szczęście nawierzchnia równa, więc łatwo się nabija kilometry, choć zmęczenie narasta, a śmigające obok samochody są mało przyjemne.

Ale wkrótce skręt na łąki i znów nawigacja. Szukając czwórki natrafiam na takie oto ustrojstwo drogowe:


Czwórka jest choć.... to nie drzewo a krzew.

Ale nie czepiajmy się ;-)

Teraz znów do tytułowego Sanu i szukamy PK 5. To nie jest miła trasa. Brzeg mocno zarośnięty, niknący wał p.pow. Ale na szczęście sprawnie i bez perturbacji znajdujemy punkt i kierunek ponownie na most!

Fajnie się pokonuje trasę z miejscowym (Marcin Pochodzi ze Stalowej Woli), bo można się przy okazji czegoś dowiedzieć o mijanych obiektach.

Tak znajdujemy szóstkę, to podobno ujście z elektrowni wodnej. Całkiem efektowna kaskada wody.


A tymczasem do mety już tylko dwa punkty! Patrzę na zegarek i sam nie wierzę, jak szybko mi to idzie. Ale jeszcze kilka kilometrów przede mną. Tymczasem industrialne widoki...


PK 7 to ma być pomnik. A podobno jest ich tu kilka. W lasku parę dróg, a na mapie tylko jedna. Ale jakoś udaje się bardzo sprawnie znaleźć punkcik.


I już tylko dziesiątka na zakończenie. Wchodzimy w miasto, centrum handlowe, tory, stadion i znów lasek. Punkt dzięki dołączeniu zdjęcia lotniczego szybko znajdujemy. I.... ostatnia prosta. Marcin proponuje biec. Sadysta.... :-P No nic, spróbujmy. Uliczki i skrzyżowania szybko migają i.... wreszcie JEST baza i meta!

Zaliczyłem wymagane 17 punktów w rekordowym jak dla mnie czasie 6 godzin i 29 minut. Dystans który pokonałem to 44 km i 690m, czyli nieco mniej niż zakładał organizator. Znaczy dobrze nawigowałem!

Miejsce 16-te na 54 mężczyzn w mojej kategorii. Całkiem przyzwoite, ale najbardziej mnie cieszy czas; swoją życiówkę na takiej trasie poprawiłem o niemal dwie godziny. Są więc powody do zadowolenia.


Czas na smaczny i zasłużony posiłek. Można się też nieco odświeżyć. Dostaje ładne, pamiątkowe „zaświadczenie”, gdzie w oko wpada głównie numer- od razu kojarzy mi się to z USem, ZUSem, czy innym KRUSem.


Teraz wystarczy poczekać na moich towarzyszy podróży i pełnym wrażeń wrócić do domu.

Dziękuję bardzo wszystkim organizatorom za te świetną imprezę! Do zobaczenia na kolejnych edycjach.

Relacja z RDS 2016

Relacja z RDS 2015


Poprawiony (poniedziałek, 25 marca 2019 11:32)